Dwie ulewy, burza i zimnica to nie najlepszy zestaw do jazdy na długim dystansie – dystansie, bo choć rekord długości pobity to jednak traktowałem ten wyjazd jako dłuższą wycieczkę – elementów krajoznawczych nie mogło zabraknąć.

Zacząłem kilka dni wcześniej od pracy nad pozytywnym nastawieniem i ułożeniem planu trasy co zaowocowało tym, że jak wsiadłem na rower o 7 rano to już wiedziałem, że pojadę do końca.

Pierwsza 50tka to czas na rozkręcanie, postanowiłem nie narzucać od razu tempa i racjonalnie gospodarować siłami. Pierwszy postój w Prawdzie to zmiana skarpet na cieplejsze jak wspomniałem temperatura nie rozpieszczała, drugi tym razem dłuższy postój pod Gomulinem w „Żniwnym Łanie” wiedziałem, że można tam znaleźć pyszną zupkę i … nie pomyliłem się. Botwinka z wkładką z 2 jajek rozgrzała mnie od środka do czerwoności. Można było jechać dalej.

Po drodze przeleciałem przez Gorzkowice – tam jest fajnie zagospodarowany teren dawnego grodziska, ale to przy innej okazji. Kilometry znikały i nim dotarłem do Kobieli zjadłem jeszcze pączka i ze 3 banany. Kobiele Wielkie to miejscowość narodzin niejakiego Reymonta. Tego co to się też najeździł po świecie. Niedaleko miejsca jego narodzin zobaczyć można resztki dworu (a jeszcze kilka lat temu dach był cały) i zasiąść na ławeczce z naturalnej wielkości noblistą. Stąd już tylko kilkanaście km do Gidli i droga układa się wspaniale. Po 6,5h (5,12 jazdy) pęka pierwsza setka, a właściwie 106km. 

Gidle to miejsce najdłuższego postoju. Raz, że złapała mnie tu ulewa, dwa kawiarnia z lodami i pysznym latte, trzy, że warto pospacerować po sanktuarium. Największym skarbem Gidli jest niewielka, bo dziewięciocentymetrowa figurka Matki Boskiej. Jej historia rozpoczyna się w 1516r, gdy figurkę podczas prac rolnych znalazł jeden z okolicznych rolników. Nie wiedząc co zrobić ze znaleziskiem schował je na dnie skrzyni i zapomniał. Jak głosi tradycja potrzeba było nieszczęścia w postaci utraty wzroku przez gospodarza i jego żonę by przypomnieć sobie o figurce. Odnalazła ją kobieta opiekująca się małżeństwem, zainteresowana przedziwnym blaskiem bijącym ze skrzyni. Powiadomiła o wszystkim proboszcza. Postanowiono obmyć posążek i przenieść go do kościoła parafialnego. Pozostała z przemycia woda miała uzdrowić niewidzących i tak narodził się zwyczaj „Kąpiółki” czyli corocznego obmywania figurki w winie. „Winko” jak mówią sami dominikanie opiekujący się klasztorem słynie z mocy uzdrawiającej. W sto lat po tych wydarzeniach wzniesiono w Gidlach przepiękny kościół, gdzie figurka Matki Boskiej ma należytą oprawę i oczekuje na pielgrzymów.

Czas już jednak w drogę powrotną, bo to już 16. Druga setka to już krótsze postoje, bo organizm należycie rozgrzany, a i do domu spieszno. W zasadzie bez większych przygód docieram w okolice kopalni. Podziwiam krajobraz i tęczę z małego deszczyku, który złapał mnie po drodze. Tym razem omijam liczne ścieżki rowerowe wokół kopalni i wybieram asfalty. To dobrze, bowiem natura ma jeszcze coś dla mnie w zanadrzu. W ostatniej chwili znajduję schronienie pod wiatą przy głównym wejściu do elektrowni. Burza i ulewa nie dały by mi żadnych szans. Chwilę odpoczynku wykorzystuję na obcykanie fantastycznego zachodu słońca jaki zaprezentował się tuż po burzy. Kolejna przerwa wypadła w Bełchatowie. To już 20. Jeść się chce więc z przyjemnością odnajduję fajną knajpkę i pochłaniam późny obiadek, który popijam kolejną porcją ciepłej herbatki. Jeszcze chwila postoju przy bełchatowskiej kolorowej fontannie i lecimy do domu. I tu zaskoczenie licznik rowerowy wskazał 206km, GPS 202KM a wieszające się endosrondo 198km (!?!) dokręciłem 😀

Z wszystkimi postojami wyszło 16h (10,:58h jazdy) ze średnią 18,32km/h.

Trasa wycieczki: Pabianice – Czyżeminek – Rydzynki – Szczukwin – Bleszyn – Gomulin – Bogdanów – Juliopol – Gorzkowice – Krzemieniewice – Lipowczyce – Wola Pytowska – Przybyszów – gidle – Gowarzów – radosko – malutkie – Dobryszyce – Borowa – Łękińsko – Rogowiec – Rząsawa – Bełchatów – Drużbice – Wadlew – Dłutów – Pabianice – 21.08.17 / 201,1km